5-7 maja 2018 Praga Czechy maraton

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail

Tego wyjazdu nie można było odwołać: 6 maja wypadały 18 urodziny naszego Kuby, który od sierpnia zeszłego roku jest na wymianie Rotary we Francji w Bretanii. Zaczął tam biegać pod okiem swojego pierwszego host-ojca Vincenta, a ten z kolei zaplanował wyjazd na maraton do Pragi. A że maraton dokładnie 6 maja to Kuba postawił sobie za cel przygotowanie się do maratonu i do tej pory wiercił nam wszystkim dziurę w brzuchu aż się zgodziliśmy, żeby wziął udział. Praga jest bliżej od Bretanii, więc w komplecie z Bartkiem, Rominą i moimi rodzicami również się tam wybraliśmy. Czekałam na ten wyjazd od tygodni, niemożliwie stęskniona za Kubą.

W piątek pojechaliśmy do Dusznik, tam zjedliśmy wspaniały obiad i w marnym hotelu spędziliśmy noc. Obsługa wszędzie była bardzo sympatyczna. W sobotę rano ruszyliśmy do Pragi, do tego samego hotelu, w którym zatrzymał się Kuba z Francuzami.

Praga – cóż, mam wrażenie że jestem jedną z niewielu osób, które znam, a która nie przepada za tym miastem. Znalezienie dobrego jedzenia graniczy z cudem, piwo oczywiście jest doskonałe, ale ile można go pić? Wszędzie tłumy ludzi, głównie młodych Angoli, Szwedów i innych, na męskich wyjazdach. Są niemożliwie głośni. Nie to, żeby Praga była brzydka – nie. Jest piękna, ale jak można cokolwiek zobaczyć przez te dzikie tłumy? Poza tym -Czesi nas nie lubią, to się czuje. My się z nich naśmiewamy, oni mają pretensje historyczne.

Ale pojechaliśmy tam w innym celu niż kontemplowanie architektury czy muzeów, więc spotkanie z Kubą, wyściskanie go, wycałowanie i dopingowanie podczas maratonu, który przebiegł w całości, było naszym głównym zadaniem.


















W niedzielę wieczorem, po pysznej pizzy, w hotelowym lobby zorganizowaliśmy urodzinowe muffinki z bitą śmietaną i owocami 🙂

Wypiliśmy szampana, odśpiewaliśmy 100-lat po polsku i po francusku, posiedzieliśmy, pogadaliśmy a potem maratończycy poszli odpoczywać, do wczesnego śniadania w poniedziałek, gdy my już wracaliśmy do domu. Mój mały Kubyś jest już dorosły, wysoki, muskularny, przystojny. Popłakałam się jak tylko straciłam go z oczu. Ale byłam szczęśliwa, że się spotkaliśmy. Ponownie zobaczymy go dopiero w drugiej połowie lipca.

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail