Edukacja domowa / negatywna opinia

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail

Moja siostra od zawsze miała kontrowersyjne dla nas pomysły. Częściowo są jej własne, często wspólne z mężem. 

Żyją sobie fajnie, ale trochę jak hipisi, zdrowa żywność (to dobrze), eko-rozwiązania, brak telewizora, brak komputera dla dzieci. Dzieciaki nadrabiają to u dziadków bądź u znajomych. Jednak starszy 8-letni Jo zaczyna odstawać od rówieśników. Został wykluczony z towarzystwa, bo nie wie o jakich filmach mówią, nie może się też włączyć w żadną sieciową grę. Obsługa komputera polega na włączeniu i uruchomieniu filmu, łatwiej jest pobrać grę na tablecie dziadka. 

Do tego pojawiło się nowe View. Obecnie dzieci chodzą do dość drogiej szkoły Montessori, za którą płacą (pośrednio) dziadkowie. Żeby dłużej nie nadużywać tej dobroci od września dzieci zostały zapisane do państwowej szkoły ale w ramach EDUKACJI DOMOWEJ. 

Jesteśmy przerażeni. 

Oczywiście poczytaliśmy na ten temat, jest dużo plusów. Ten typ nauczania popularny jest np. w Stanach. Pewnie też w Australii, Kanadzie czy w innych państwach, gdzie jest mało ludności a wielkie przestrzenie. Jest też dobry dla dzieci chorych, autystycznych, gdy rodzice bardzo dużo podróżują zabierając ze sobą dzieci. 

Jednak gdy szkoła podstawowa jest pod nosem, ma dobrą opinię, jest bezpieczna, nie rozumiem dlaczego zabierać dziecku możliwość codziennego kontaktu z rówieśnikami? Gdzie ma się nauczyć obowiązkowości, punktualności, pracy w grupie, walki o swoje, pokonywania trudności, jeśli będzie wciąż pod parasolem ochronnym mamy i taty siedząc w domu, w wieku 5, 8, 9, 10 i więcej lat? Co będzie, gdy rodzicie jednak stwierdzą, że to za duży wysiłek organizacyjny? Szczególnie, gdy nie stać ich na to, by nie pracować, a na ten moment nie mają stabilnego źródła dochodów. 

W chwili obecnej w prywatnej czy państwowej szkole dzieci są pod opieką 6-8 godzin. Ten czas rodzic ma dla siebie. Na pracę przede wszystkim. Na zarabianie. Ale i na zakupy, sprzątanie, gotowanie, czytanie książki, oglądanie filmu czy spotkanie ze znajomymi czy wyjście z psem na spacer. 

Jednak jeśli dodatkowo wziął sobie na głowę samodzielne nauczanie dzieci, to nawet jeśli – jak piszą – na naukę wystarcza 3 godziny dziennie, to co zrobić z dzieciakami resztę czasu? Przecież trzeba przygotować kolejne lekcje, atrakcje, umówić terminy współpracy w grupie, przygotować dzieciaki do egzaminów, bo przecież jakieś są, choć pewnie rzadko. Zabrać gdzieś do muzeum, kina, teatru, gdziekolwiek żeby empirycznie poznawały historię, geografię, biologię itd. 

Trzeba zrobić śniadanie, drugie śniadanie, zupę, drugie danie, podwieczorek, kolację. KAŻDEGO DNIA, CODZIENNIE. 

Mówienie: „ale i tak gotuję” jest bzdurą. Jak dzieciaki są w szkole, to szykuje się tylko śniadanie rano oraz jedno danie po południu albo wręcz tylko kolację. Do tego pozostaje obudzenie rano dzieci – po co mają wstawać o konkretnej porze, skoro mogą pospać ile chcą, bo mogą się uczyć o dowolnej porze. Sprzątać? Po co, znowu się nabrudzi. 

Nie mając na stałe opiekunki do dzieci rodzic funduje sobie codzienną dodatkową porcję obowiązków. 

Nie wierzę, że można to wytrzymać, równocześnie rozwijając własną karierę i firmę. To po co te kursy, szkolenia, kontakty? Żeby po wyjściu z pieluch i złapaniu haustu wolności, ograniczyć się do tego stopnia, że DZIEŃ W DZIEŃ zajmujemy się swoimi dziećmi. 

Strasznie kochamy te nasze dzieci. Ale wiadomo jak jest. Babci słuchają, dziadka też, taty prawie zawsze, cioci się boją, a z mamą robią co chcą. Tupią, krzyczą, a mama i tak przytuli. Nauczyciel ma narzędzia, żeby wyegzekwować wyniki. A rodzic? Co? Nagrodę? Lody? Wyjście do kina na zachętę jak ładnie dziecko lekcje zrobi? Ładnie czyli jak? Bez stękania i przedłużania? To są formy przekupstwa. 

Jak w takiej sytuacji stosować „komunikację bez przemocy” albo „wychowanie bezstresowe”? A moja siostra jest w tym wyedukowana łącznie z odpowiednimi certyfikatami. 

Rodzice zapowiedzieli, że są przeciw i nie przewidują zajmowania się dziećmi w nagłych sytuacjach w ciągu dnia. Jej mąż tez jest przeciwny. My też, ale nasze zdanie się nie liczy. 

No i zobaczymy, co się zadzieje. Mam już na tyle dużo lat, żeby wiedzieć, że dziecko naprawdę nigdy tego poświęcenia nie doceni. 

Jeszcze dodatkowy motyw – łatwo powiedzieć, że w każdej chwili można z edukacji domowej zrezygnować. Owszem. Ale czy szanowny rodzic pomyślał, jak dziecko, które siedziało i uczyło się w domu odnajdzie się w nowej grupie? W zżytej ze sobą klasie? Gdzie dzieciaki zapytają, skąd jesteś, co robiłeś, gdzie się uczyłeś? I usłyszą, jestem stąd, uczyłem się w domu. A dlaczego? Chory jesteś? No nie….moja mama tak chciała………..Już współczuję takiemu dzieciakowi. 

A Jo jest miły, grzeczny, towarzyski, dobry w matematyce, lubi gry zespołowe. I zostanie na całe dnie zamknięty w domu. To samo jego 5-letnia siostra, która nie jest dzieckiem grzecznym i miłym, ale jak to się mówi „ma swoje zdanie”. Na każdy temat. Poczynając od koloru i rodzaju rajstop, kończąc na tym, że nie z tej strony ktoś położył łyżeczkę przy stole albo usiadł na jej krzesełku. Na wszystko jest krzyk i dąs. 

Rozpisałam się……

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail